Odcinek 7, Wieś Grodzisk, 18 listopada 2012

Niektórzy politycy i dziennikarze nie umieją się przyznawać do swych ewidentnych błędów za sprawą strachu przed utratą honoru. Tak zainfekowany ten ich honor wkracza w stan zapalny i jak zaczerwieniona skóra - każe się cały czas rozdrapywać. W trakcie takich zapaleń skłonni są wszystkich dookoła, zdrowszych od siebie, podejrzewać o honoru niedostatki i ciągle coś insynuować lub co najmniej złośliwawo dopytywać.

Witam po przerwie. Dziś chcę nawiązać do górnej połowy strony 218-ej mojej książki „Rozmowa” (wyd. Czarne 2012). Piszę tam o naturalnym przyznawaniu się do pomyłek przez ludzi nie obciążonych kompleksami niższości. Muszę na początku zaznaczyć, że wszystkie podstawowe fakty opisane przeze mnie w „Rozmowie” - przydarzyły się mi realnie i za ich prawdziwość biorę pełną odpowiedzialność. Myli mi się czasem ich precyzyjna kolejność i z rzadka, w mało istotny sposób przestawiają mi się w czasie. Taką pomyłkę w czasie wytknął mi ostatnio w swym wpisie do mego udziału w niniejszym blogu - Jacek Gruca i chwała mu za to. Faktem bowiem jest, że często na 48-mio godzinnych pobytach na tzw. dołku opowiadałem „wygłodniałym” współaresztantom filmy. Oczywiście w 1968 roku nie mogłem opowiadać im filmu „Pat Garret and Billy Kid”, jeśli rzeczywiście, jak pisze J.G., powstał on w 1973 r. Tak czy inaczej przeważnie były to westerny i wtedy w 68-ym mogło to na przykład być „W Samo Południe”; Pata Garreta zato mogłem opowiadać przy czwartej zwijce, na przykład w 1975 roku. W opisywaniu tego w Rozmowie nie to było najważniejsze, lecz to, że trzecie z kolei zamówione przez panów złodziei powtarzanie opowieści o Pacie Garrecie przerwał mi klawisz, zabierając mnie na wolność, a oni krzyczeli do niego, by przyszedł po mnie za pół godziny i pozwolił mi dokończyć. Drobnostka, ale jednak.



Zmieniając zaś kaliber pomyłek oraz zmieniając ich głównych bohaterów, wracam do tematu ze strony 218-ej „Rozmowy” i chcę dodać, że niektórzy politycy i dziennikarze nie umieją się przyznawać do swych ewidentnych błędów za sprawą strachu przed utratą honoru. Tak zainfekowany ten ich honor wkracza w stan zapalny i jak zaczerwieniona skóra - każe się cały czas rozdrapywać. W trakcie takich zapaleń skłonni są wszystkich dookoła, zdrowszych od siebie, podejrzewać o honoru niedostatki i ciągle coś insynuować lub co najmniej złośliwawo dopytywać.

Ostatnio z dużą satysfakcją oglądam serial „Czas Honoru”.
Realnie czas honoru jest wieczny lecz biegnie często przez pola bardziej lub mniej śmiercionośne. Nie istnieje taka czynność, jak mówienie, że ktoś zdałby lub nie - egzamin z honoru na polu innym niż to, na którym właśnie się znajduje.
Taką nieistniejącą czynnością, czyli stratą czasu i mydleniem oczu, są natarczywe dziennikarskie pytania kierowane do skarżącego się na nie zespołu Lao Cze - czy poszliby walczyć w Powstaniu Warszawskim.
Zaś egzamin z honoru na polu, na którym się właśnie znajduje - Maciej Stuhr - zdaje, bez zafałszowań, odpowiadając na inne pytanie, że NIE WIE, czy w Jedwabnem uratowałby się przed byciem bestią.

Filmu „Pokłosie” jeszcze nie widziałem, ale „Czas Honoru” doskonale ilustruje to, co chcę tu powiedzieć i według mojego subiektywnego oczywiście widzenia - jest obecnie na naszym rynku medialnym jednym z najlepszych fabularyzujących historię filmów.

To tyle, pozdrawiam serdecznie
- Jacek Kleyff


fot. Dawid Janicki
Trwa ładowanie komentarzy...